Styczniowy tydzień na Wyspach Kanaryjskich, cz. 3
OCEANICZNA PRZYGODA
 

Uwaga, załoga! Odstawiamy rufę. Oddaj szpring rufowy, oddaj cumę rufową, oddaj cumę dziobową. Odbijacze manewrowe chronią lewą burtę przy dziobie! -

Silnik pracował znów mała naprzód, a pozostawiony na biegowo szpring dziobowy z lewej burty działał jak zawias. Naprężył się i nie pozwalał odpłynąć naprzód statkowi, przytrzymując dziób przy kei. Rufa powoli odchodziła na wodę, a dziób opierał się o odbijacze. Szpring trzymał.

  • Oddaj szpring dziobowy!

Kiedy rufa naszego statku znalazła się już odpowiednio daleko od kei, wrzuciłem małą wstecz i przy pomocy steru strumieniowego obróciłem jednostkę dziobem do główek portu San Sebastian. Była 9:00 rano, słońce świeciło, a wiatr rozpędził większość chmur. Wiał rześko i ochoczo radując się bezchmurną przestrzenią nieba, jakby zapraszał statek do tańca, a jeśli wiatr tak pięknie zaprasza, to grubiaństwem byłoby odmówić.

Małe szczęścia. W rejsie trzeba zwracać uwagę na małe szczęścia. Każdy skipper przede wszystkim uczulony jest na wpadki i niepowodzenia, a małe szczęścia pozostają jakoś niedoceniane, bo są często zbyt oczywiste. Więc nasłuchujemy jachtu, wiatru, silnika. Wytężamy zmysł wzroku, nawet węch niekiedy przychodzi z pomocą, gdy nagle jaki dziwny zapach wydobędzie się komory silnikowej, ewentualnie z kambuza, ale tak naprawdę to słuch nas najbardziej męczy. Ciągle nasłuchujemy, a każdy nienormalny i niespodziewany dźwięk przyprawia o dreszcz niepokoju. Każdy szmer, stuk, sygnał, brzdęk, rumor, łomot, rwetes i harmider wprowadza dziwny zamęt i obawę, że dzieję się coś, na co nie mamy wpływu, że coś przestało działać jak należy, że jakaś mikro sprawa zdecyduje za chwilę o makro kłopocie. Dlatego takie kosztowne i pożądane są małe szczęścia i małe radości. Kiedy sprawdzałem prognozę na wtorek, okazało się, że do 16:00 będzie piękna, wręcz wymarzona pogoda. Wiatr SW troszkę zelżał i pozwalał na komfortowe żeglowanie w kierunku klifów olbrzymów, przynajmniej do obiadu.

Los gigantes nadmorskie miasteczko, którego nazwa wzięła się od  Acantilados de los Gigantes (klify olbrzymów), ogromnych klifów, które osiągają wysokość od 300 do 600 metrów. Los Gigantes znajduje się na zachodzie Teneryfy, więc wracaliśmy na macierzystą wyspę. Problem z małymi szczęściami jest jednak taki, że są małe, a mogłyby być większe, no może nie tak wielkie jak klify, ale znacznie. Od godziny 17:00 pogoda miała się stopniowo załamywać, a sztorm miał przyjść w nocy i utrzymywać się co najmniej do 12 godziny w środę. Nie było szans na żeglugę gdzieś dalej. Perspektywa odwiedzenia La Palmy oddaliła się bezpowrotnie. Nie miałem zamiaru walczyć z wiatrem i oceanem tylko po to, by zaspokoić własne ego i plany załogi. Trzeba było już myśleć o bezpiecznym powrocie. Warunki pozwalały na powrót tylko w środę po 12:00, wiatr osłabnie do 6B, ale nie zmieni kierunku, więc będzie można pożeglować do San Miguel, aby w środę pod wieczór skryć się w macierzystym porcie. Pogoda w czwartek i piątek uniemożliwiała bezpieczną żeglugę. Oczywiście załoga jeszcze nie znała moich planów, wychodziliśmy z portu, słońce świeciło, wreszcie czuliśmy się jak na Wyspach Kanaryjskich. Po minięciu główek portu i falochronu postawiliśmy oba żagle, było pięknie.

Na lazurowej wodzie wiatr rzeźbił swoje powietrzne mozaiki, gdy w oddali zamajaczyły klify olbrzymów. Oceanis żeglował dumnie baksztagiem, a załoga wreszcie mogła wskoczyć w stroje kąpielowe. Niektórzy nawet nieśmiało i dyskretnie posmarowali twarze kremem z filtrem, chyba trochę na przekór i na wyrost, ale co tam, w końcu urlop na Kanarach rządzi się swoimi prawami.

  • Spójrzcie! Tam na lewej burcie! To niesamowite, Maciek dawaj aparat!

Wszyscy oprócz milczącego autopilota rzuciliśmy się na lewą burtę, by w odległości kilku metrów podziwiać liczną rodzinę uroczych delfinów. Te morskie ssaki bardzo często dają się zauważyć w okolicach zachodniej Teneryfy. Rzucały się radośnie przed dziobem, jakby uradowane wyścigiem z naszą żaglówką. Potem pozwoliły się sfotografować i uprzejmie zostały za rufą, dodając do naszego rejsu jeszcze jedno małe szczęście, małą frajdę, którą dzieciaki na pewno zapamiętają, może nawet chętniej niż żeglugę baksztagiem w pełnym słońcu na Atlantyku.

Około godziny 13 zbliżyliśmy się do klifów. Zrzuciliśmy żagle, uruchomiliśmy silnik, znów nami zakołysało, ale trzeba było się zbliżyć pod same skały, by móc odczuć ich ogrom.

To zdumiewające. Te formy wypiętrzone z wnętrza ziemi, uformowane przez jej wulkaniczne torsje przypominają człowiekowi jaki jest banalny i nieistotny. Niedostępne, amorficzne, tak dalekie od ludzkich przyzwyczajeń do symetrii wyglądały jak jakieś zaklęte w skały pierwotne organizmy skazane przez bogów na wieczne trwanie w świecie ludzi. Pradawne istoty, matki i ojcowie mitycznych gigantów o milczących oczach wpatrzonych w ocean zawsze będą mnie krępować i zostawiać poniżonym. Nie ma takich słów, którymi można by oddać to wrażenie i nie ma takiej pokory, która dostatecznie prawdziwie wyraziłaby ludzką nijakość wobec tych majestatycznych form.

Płynęliśmy wzdłuż klifów przez prawie godzinę w odległości około 20 metrów od skał podziwiając i nasłuchując echa. Wreszcie, gdy obowiązkowe zdjęcia zostały zrobione, a obowiązkowe filmiki nakręcone można było myśleć o cumowaniu w niewielkiej marinie Puerto Deportivo Los Gigantes. Szczęśliwie bosman znalazł miejsce longside przy betonowej kei. Dla naszych 15 metrów po pokładzie porcik okazał się naprawdę niewielki. Zacumowaliśmy bezpiecznie na wysokiej wodzie prawą burtą przy kei, a że pogoda miała się pogorszyć przygotowaliśmy na dziobie i rufie lewej burty muringi. Wybierając je z wody stopniowo oddalaliśmy się od betonowego pirsu, by wiatr nocą nie spowodował, że prawa burta znajdzie się niebezpiecznie blisko nabrzeża, bo wówczas nawet wszystkie odbijacze na niewiele się zdadzą. Wieczór był ciepły, jednak w powietrzu czuć było wilgoć i jakieś dziwne napięcie. Około 20:00 zaczął padać rzęsisty deszcz. Rozpoczynał się prognozowany sztorm. Wiatr bezlitośnie pędził niewinne fale, by rozbijały się na skałach. W porcie huczało. Takielunek wszystkich statków, łódeczek, motorówek rozśpiewał się nieudaną arią. Partie chaosu, ryku i wycia przerywały uderzenia morza o falochron, deszcz zacinał podrywany przez roztańczony wicher i bił po oczach, gdy tylko wychyliłem się, by sprawdzić odległość od kei. Jednak, choć statek tańczył na wodzie, wszystkie liny trzymały mocno i nic sobie nie robiły z tej sztormowej uwertury. Noc minęła w napięciu. Nie mogłem spać, wciąż myśląc o tym, co się dzieję na pokładzie.

Tak to już jest. Niby bezpieczni w porcie, niby zabezpieczeni, niby muringi, odbijacze itd; a człowiek i tak nie śpi, czuwa, naiwnie sądząc, że w razie czego zdąży, ochroni, zapobiegnie. Żeglarstwo potrafi zmęczyć psychicznie, ponieważ masz świadomość, że popełnione błędy nigdy nie uchodzą (nomen omen) na sucho. Często sobie zadaję pytanie, co mnie do tego ciągnie? Jaka mistyka każe nie spać po nocach, czuwać całymi dniami, niekiedy marznąć na wietrze, moknąć na deszczu albo wszystko naraz? Ile razy w myślach obiecywałem sobie już odpuścić, gdy wszystkie mięśnie krzyczały dość po całonocnej pracy w sztormie? I co?

I znowu tu jestem, tylko coraz starszy.

Nad ranem, gdy wiatr zelżał, a słońce nieśmiało podnosiło szarości świtu, zdrzemnąłem się w mojej kapitańskiej koi. W końcu dziś środa, trzeba jeszcze wrócić do San Miguel, a czasu nie mamy wcale tak dużo. Rozmowa z załogą przebiegła bezproblemowo. Wszyscy się zgodzili, że nie można ryzykować i trzeba wracać. Pokazałem prognozy na czwartek i piątek. Nic nie zapowiadało zmian. Wiatr w porywach do 50 KT zdecydowanie nie należał do moich ulubionych. W taką pogodą jedyne przechyły, jakie uznaję, to te łapane w ciepłych tawernach. Zależało mi na czasie, ale pozostała kwestia, której nie zamierzałem zignorować. Staliśmy w małym, płytkim porcie i trzeba było poczekać na wysoką wodę, aby bezpiecznie odcumować i wypłynąć z mariny. Tabele wskazywały jednoznacznie, odpowiednia głębokość pod kilem dopiero o 14:00. Zostaną nam 4, może 5 godzin do szybko zapadającego zmroku. Powoli szykowałem się na nocne żeglowanie i cumowanie w porcie przy dużym zafalowaniu i kiepskiej widoczności. Nie muszę chyba dodawać, że byliśmy jedyną załogą, która decydowała się opuszczać Los Gigantes. Gdy zbliżała się 14:00, uruchomiłem silnik. Przy wietrze dopychającym musiałem tym razem odstawić dziób statku na odpowiednią odległość. Zabezpieczając rufę odbijaczem manewrowym wykorzystałem cumę rufową z lewej burty, ster wyłożyłem lekko lewo i wrzuciłem bieg naprzód. Cuma, przytrzymując rufę, obracała statek w lewą, pożądaną stronę aż dziób znalazł się w bezpiecznej odległości. Potem oddaliśmy cumę, obróciłem jacht, wykorzystując ster strumieniowy i wypłynęliśmy.

Pierwsze uderzenie fali zza falochronu pozbawiło nas resztek dobrego humoru. Płynęliśmy na samym silniku, więc rzucało nami dość mocno w górę i w dół. Chłopaki wpięci w lifeliny odwiązywali i klarowali odbijacze, gdy nagle usłyszałem lękliwe: O Nie!

  • Co się stało? - krzyknąłem doniośle starając się być jednocześnie słyszalny i grzeczny.

  • Zgubiłem odbijacz! Nie utrzymałem, był jakoś dziwnie przywiązany, liny były splątane. Gdy odwiązywałem jeden, zwolniłem też drugi i nie zdążyłem utrzymać. - mówił przejęty Kuba - najstarszy z niepełnoletnich załogantów, siedemnastoletni uczeń liceum.

Oczywiście zanim się zorientowałem, na której burcie znajduje się zguba, odbijacz już wdzięcznie unosił się na falach w kierunku skalistego brzegu. W głowie przeleciała mi błyskawiczna kalkulacja: Kaucja minus odbijacz równa się…….

  • Uwaga! Zawracamy. Wszyscy do kokpitu. Opuścić trap, ale nie do końca. Gdy zbliżymy się do odbijacza jedna osoba, może Maciej, zejdziesz na trap z bosakiem. Bosak znajduje się w rufowej bakiście. Przygotować!

Zawróciłem momentalnie, bo nie chciałem ryzykować płynięcia na wstecznym biegu, czasu było niewiele, no i mogłem na fali uszkodzić opuszczony trap. Wiatr i fale przez moment wydały się naszym sojusznikiem, ale tylko przez moment, gdyż płynąc z wiatrem na fali oprócz bujania wzrosła też prędkość, zbliżałem się do odbijacza za szybko. Wrzuciłem luz, Oceanis zwolnił, ale wciąż szedł naprzód. Około 10 metrów przez celem, wykorzystując maksymalne wychylenie steru na prawą burtę, moc steru strumieniowego i całą wstecz wyhamowałem, jednocześnie znowu ustawiając statek pod wiatr. Wiedziałem, że w tym manewrze przyjdzie mi z pomocą prawoskrętna śruba, która podciągnęła mi rufę w pożądanym kierunku. Stanąłem niemal nieruchomo pod wiatr. Zostało kilka chwil zanim wiatr znowu odepchnie dziób. Opuściliśmy trap, odbijacz był w zasięgu bosaka. Maciej wszedł na tańczący trap, ruchy krępowały mu ratunkowe wąsy wpięte w kosz rufowy, ale wyciągnął się jak struna i udało mu się owinąć linkę odbijacza o hak bosaka, jeszcze tylko kilka chwil i odbijacz znalazł się na pokładzie. Trap poszedł w górę, uradowany Maciek poszedł się przebrać w suche ubranie. Kubie spadł kamień z serca i od razu się rozchmurzył. Podejście do odbijacza zakończyło się sukcesem. Odpływaliśmy od klifów. Była 15:00, do San Miguel zostało około 40 Mm. 6 może 7 godzin żeglugi.

Zarefowane żagle poszły w górę. 2 refy na grocie, 2 refy genui. Tym razem nie było zbyt przyjemnie. Wychodząc z Los gigantes pierwsze mile musieliśmy pokonać pod wiatr, by dopiero po dwóch/trzech godzinach odpaść i wejść w stabilny baksztag. Rozbijaliśmy fale w sporym przechyle, dziób raz po raz ginął pod wodą, fok tonął w pianie. Pojawiły się pierwsze chandry. Choroba morska dała o sobie znać, więc morale załogi znacznie spadło. Podpowiedziałem, że na chorobę morską najlepsza praca na pokładzie, ale nikt nie chciał zrozumieć sugestii ani tym bardziej dowcipu, choć pozostawiłem dowolność interpretacji.

Ciemne deszczowe chmury przypominały bardziej rodzime bałtyckie kompozycje niż lazur nieba nad Kanarami. Gdyby nie górzyste stoki Teneryfy, można by się naprawdę pomylić. Oceanis po jakiejś godzinie wyglądał jakby pogodził się z faktem, że tym razem nie zamierzam mu ułatwiać sprawy i niestrudzenie pokonywał kolejne kable. Załoga poczuła się lepiej. Dziewczyny wychyliły nieśmiało przystrojone w wełniane czapki głowy. Powoli zapadał zmierzch. Żałowałem, że nie zobaczymy zachodu słońca w pełnej krasie. Chmury nie reagowały na rzucane w milczeniu prośby. Trwały na złość tym, którzy cynicznie próbowali oszukać polski styczeń. Około 18 zrobiło się ciemnoszaro i przyszedł czas na odpadanie. Przed nami ostatnie 15 mil. Baksztag poprawił wszystkim humory, wiatr już nie był tak odczuwalny, zapaliliśmy światła nawigacyjne, a przed dziobem zamajaczyły niezliczone światła San Miguel. Ostatnie dwie godziny żeglugi czekały nas w pełnej ciemności, choć żeglarze powiadają, że im ciemniej, tym jaśniej. W każdej sytuacji trzeba jednak znaleźć małe szczęście. Dzieciaki wychyliły głowy z kajut i zaangażowałem je w poszukiwanie świateł nabieżnika i pław podejściowych. Co prawda w San Miguel nabieżnik nocą raczej nie jest widoczny, a już na pewno nie z takiej odległości, ale patrzenie przez lornetkę samo w sobie stanowiło niebagatelną frajdę, więc humory przynajmniej na jakiś czas wróciły.

W sumie nie ja, tylko elektryczny kabestan, ale było za późno na sprostowania. Załoga powoli wykonywała swoją robotę, mieliśmy jeszcze trochę czasu.

Gdy cumy i odbijacze były już przygotowane i zabezpieczone, uruchomiłem silnik…

A przynajmniej zdawało mi się, że go uruchomiłem, bo jakoś dziwnie cicho pracował. Nie. Nie pracował w ogóle. Momentalnie zrobiło mi się gorąco. Dlaczego nie mogłem uruchomić silnika? Teraz? Po ciemku, baksztag, wieje, fale, za chwilę mam wpływać do portu. Jak mam wpływać? Już w głowie analizowałem strategię działania: radio, łączność, prośba o asystę, wejście na samym, małym foku. To w sumie jedyny żagiel, który mogę wyluzować w każdych warunkach. Nie wyobrażałem sobie zawijania rogala pod wiatr w porcie Oceanisem 51. Pewnie by o tym manewrze napisały lokalne gazety. Oczyma wyobraźni już widziałem te nagłówki: Polski zdesperowany żeglarz staranował pół portu nieodpowiedzialnym manewrem ! Albo: Jak długo jeszcze na Wyspach Kanaryjskich żeglować będą Polacy przy silnym wietrze?

Tymczasem żeglowaliśmy baksztagiem, port coraz bliżej, a silnik wziął urlop na żądanie. Zaraz, zaraz… Co mi ten bosman tłumaczył o tej nowoczesnej, wielofunkcyjnej, super profesjonalnej, srebrnej i wypasionej manetce? Że położenie neutral nie wystarczy, trzeba jeszcze zabezpieczyć, odbezpieczyć, przycisnąć, przytrzymać i, co najbardziej kuriozalne, odczekać 5 sekund. Tak, odczekać 5 sekund? Gdybym nagle potrzebował pomocy silnika, przed uruchomieniem muszę moje nagle uzupełnić o 5 sekund. Czy “nagle” + 5 sekund, to jeszcze to samo “nagle”? Dlaczego akurat 5 sekund, a nie 7? Co za nonsens z tą nowoczesną technologią? Co mnie tu ciągnie do tych żagli?

Ok, Powtórzmy formułę, powoli, 1,2,3,4,5... Start, działa. Uff. Odetchnąłem. Nigdy jeszcze powiew świeżutkich spalin nie zadziałał na mnie tak uspokajająco. Teraz dźwięk diesla przypominał mi chóry niebieskie. O dzięki Ci czcigodny niemiecki konstruktorze i wynalazco.

Zwolniony z obowiązków żagiel poleciał w dół, łopot płótna i szum fal potęgowały atmosferę grozy i niepewności, ale regularny, miarowy warkot silnika przepowiadał szczęśliwy koniec.

Po zrzuceniu i szybkim, niedbałym sklarowaniu grota rozpoczynaliśmy manewr wejścia między główki. Prawe zielone światło dumnie migało na falochronie wyciągniętym jak przyjacielskie ramię w naszym kierunku. O zaciśniętą jego pięść rozbijały się fale. Prześwit nie był zbyt duży. Z lewej strony czerwona boja wyznaczała granicę bezpiecznego podejścia, ale duży rozkołys nie pozwalał utrzymać stabilnego kursu, więc raz czerwone światełko widziałem na lewej, raz na prawej burcie. Oczywiście postanowiłem płynąć jak najdłużej na czerwoną boję i w odpowiednim momencie odbić na prawo. W końcu zielone światło migało na falochronie, a czerwone na boi. Gdy bezpiecznie, wykorzystując falę od lewej strony wychyliłem ster prawo, czerwone światło znalazło się na trawersie w odległości może dwóch metrów. Po prawej czernił się skalisty falochron, byliśmy w porcie. Teraz keja. Silnik pracował mała naprzód. Kuba zajął miejsce przy wantach. Czekałem na jego znak, że jest bezpiecznie blisko, by zejść. Keja była śliska, ale musiałem zaufać chłopakowi, w końcu chwalił się, że ćwiczy Parkour. W ostatniej fazie manewru wrzuciłem małą wstecz. Kuba spokojnie zszedł na keję. Podane w odpowiedniej kolejności cumy zrobiły resztę. Stanęliśmy przy stacji benzynowej. Jeszcze tylko tankowanie, odejście, podejście rufą i koniec.

Odejście, podejście, cumowanie, stawianie, zrzucanie, podejście i tak w nieskończoność. Ciągle coś na głowie, ciągle o czymś trzeba myśleć? Co mnie ciągnie do tego żeglarstwa? Muszę kiedyś się nad tym poważnie zastanowić, najlepiej w jakiejś tawernie.

Nie mówię po hiszpańsku, ale chyba powinienem zacząć się uczyć. Z reguły język angielski wystarcza w zupełności, ale jak się okazuje są wyjątki. Na szczęście Iwona znała język na tyle dobrze, że przetłumaczyła mojego Amigo. Okazało się, że radzi nam, byśmy nie wpływali między pirsy na swoje miejsce, bo zbyt mocno wieje i nie będziemy w stanie zaparkować. Taka porada niekoniecznie zbudowała pewność mojej załogi, ale ja, nie zważając na kiełkujący niepokój, odparłem, że damy radę, jedynie poproszę o asystę przy kei. Amigo wsiadł na motorower, zabrał latarkę i pojechał w głąb portu. Po kilku chwilach już widziałem jego migające światełko przy naszym miejscu.

Odeszliśmy od stacji benzynowej. Wiatr i fale momentalnie poniosły nas w głąb mariny, jednak Oceanis słuchał swoich urządzeń. Przepłynąłem wejście między pirsy, zawróciłem i wszedłem pod skosem między zwrócone do siebie dzioby innych statków, trzymając się możliwie blisko lewej strony. Wiedziałem, że jak będę sterował pod prąd i pod wiatr, to siły natury same mnie wcisną na miejsce. W odpowiednim momencie zmniejszyłem obroty na minimalne i dokręciłem dziób sterem strumieniowym. Wiatr powoli wygrywał z silnikiem i o to mi chodziło. Zbliżyliśmy się do kei. Amigo podał po kolei chłopakom muringi, a dziewczyny podały cumy rufowe. Kiedy cumy wróciły na biegowo, dałem naprzód, żeby Maciek z Jarkiem mogli wybrać mocno muringi. Jeszcze tylko wstecz, wybrane cumy rufowe i..:

Byliśmy bezpieczni w porcie. Wiatr hulał, port jakby martwy, schowany pod płaszczem nocy milczał zupełnie. Nie przypominał rozhukanych mazurskich portów. Pandemia i pogoda sprawiły, że w San Miguel był po prostu smutno. Załoga przygotowywała szybką kolację, choć, sądząc po ich minach i żywiołowych rozmowach pełnych dopiero co przeżytych wrażeń zasną nieprędko. Była 23:45, dokonałem niezbędnych wpisów w dzienniku pokładowym. Powoli schodziło ze mnie napięcie. Poczułem się zmęczony. Wiedziałem jednak, że nikt nie wybiera się spać. Jutro i w piątek mieliśmy stać w porcie. Prognozy się sprawdzały.

W czwartek marina San Miguel pozostała zamknięta. Warunki nie nadawały się do żadnej żeglugi. Dopiero w piątek po południu, w okolicach godziny 13:00 wyszło piękne słońce, a wiatr ustał na tyle, na ile ustać może wiatr na Wyspach Kanaryjskich. Był czas na spacery, plaże, rowery i restauracje. Zgodziliśmy się, że tyle żeglowania, ile udało się z tej pogody wycisnąć wszystkim w zupełności wystarczy. W sobotę rano żegnałem załogę i port jak na ironię ubrany w krótkie spodenki, japonki i T-shirt. Nie byłem zły. Wracałem do domu.


NASTĘPNY ODCINEK

0

Koszyk